Warsztaty 20-23 maja 2010
Warsztaty 20-23 maja 2010
Rozpoczynając warsztaty fotografii krajobrazowej "Na wysokiej połoninie" z niejakim niepokojem spoglądaliśmy w niebo - jak wiadomo tzw. niepewna pogoda jest doskonała do zdjęć, jednak jak również wiadomo - granica między niepewną pogodą a jej załamaniem jest dość mała. Tym razem jednak natura sprawiła nam nie lada niespodziankę - warunki do zdjęć były rewelacyjne!
Kiedyś jeden z tatrzańskich fotografów wspomniał w wywiadzie, że wychodzi w góry wtedy, gdy pogoda się pogarsza i inni schodzą w doliny - gdyż właśnie wtedy zdarzają się okazje na zrobienie niepowtarzalnych zdjęć. My właśnie tak czuliśmy się wsiadając w piątkowy poranek do busa, który miał nas zawieźć pod połoniny. Ale po kolei...
Rekordzistą był tym razem Waldek, który przyjechał do nas aż z Frankfurtu nad Menem. Od Orelca dzieli go odległość ponad 1200 kilometrów! Tym samym pobił rekord odległości, który posiadali dwaj uczestnicy zeszłorocznych zajęć, przyjeżdżając do nas odpowiednio z Gdyni i Słupska.
Warsztaty rozpoczęliśmy od czwartkowego wykładu Bogdana, który w jak zwykle ciekawy sposób opowiadał o przyrodzie i kulturze Karpat - jako preludium do czekającego nas następnego dnia wyjazdu w najwyższe części polskich Bieszczadów. Zresztą nie ograniczaliśmy się tylko do polskiej części Karpat Wschodnich, sięgając daleko w głąb Ukrainy a nawet Rumunii. Z zaskoczeniem część uczestników przyjęła że Bogdan, towarzyszący nam na warsztatach, jest założycielem i pierwszym wokalistą legendarnej punkrockowej grupy KSU. Po wykładzie przenieśliśmy się do "Pieczary Węgrzyna" na tradycyjną degustację karpackich win i nalewek, wcześniej rozlosowaliśmy też wśród uczestników egzemplarz kursu video "Adobe Photoshop Lightroom - sztuka profesjonalnej fotografii", ufundowany przez wydawcę - platformę edukacyjną eduweb.pl, nagrany przez Pawła Brzozowskiego - autora programu i prowadzącego fotowarsztaty.
Piątkowy poranek rzeczywiście mógł nie nastrajać optymistycznie - w Orelcu niskie chmury, a na trasie do Wetliny i w samej Wetlinie deszcz i mgła. Dziarsko jednak zebraliśmy sprzęt i rozpoczęliśmy podejście żółtym szlakiem na przełęcz Mieczysława Orłowicza. Obserwując uważnie warunki pogodowe - rokowały one szanse poprawy - nie zmienialiśmy na razie planów.
Tak też się stało - jeszcze przed dotarciem na grzbiet deszcz przestał padać, natomiast dość mocno wiejący wiatr sukcesywnie rozbijał zwartą warstwę chmur, pojawiające się widoki były coraz bardziej ciekawe i spektakularne. Sytuacja zmieniała się dynamicznie, więc nikt nawet nie miał czasu chować aparatów do plecaka :-) Około 30 minut przed schroniskiem, słynną "Chatką Puchatka" złapał nas intensywny ale na szczęście bardzo krótki deszcz, który przy tej sile wiatru padał wręcz poziomo - misliśmy jednak możliwość schowania się przed nim za skałkami (osłoniwszy się od wiatru, deszcz miał już raczej rangę lekkiego). Dalsza część drogi - podejście ze Srebrzystej Przełęczy - było doskonale osłonięte przed zacinającym deszczem dzięki długim ramieniu szczytu Roh, zresztą wiatr dość skutecznie nas przesuszył. A w schronisku zasłużony odpoczynek przy kanapkach, herbacie czy nawet fasolce po bretońsku.
Schronisko na Połoninie Wetlińskiej jest najwyżej położone w Bieszczadach, niegdyś nazywane "Tawerną". Znajduje się w miejscu zwanym Hasiakową Skałą. Posiada 20 miejsc noclegowych, jest czynne cały rok. Zostało wybudowane po II wojnie światowej przez wojsko i służyło za posterunek obserwacyjny. W 1956 roku budynek został przejęty przez PTTK. Wieloletnim gospodarzem schroniska jest Ludwik (Lutek) Pińczuk – legenda Bieszczadów.
Spod schroniska, dość szybko zeszliśmy na Wyżną Przełęcz do czekającego nas busa, zresztą na zejściu doświadczyliśmy pięknej gry świateł i kontrastów ciemnych pni drzew z jaskrawozielonymi wczesnowiosennymi liśćmi oraz - a jakże - jeszcze jeden, tym razem bardzo krótki i przelotny deszczyk.
Dla tych widoków i walki wiatru z chmurami które malowniczo "darły" się i przesuwały po stokach gór - naprawdę warto było trochę zmoknąć! Była to zdecydowanie o wiele ciekawsza pogoda niż spowszedniałe, pocztówkowe widoczki z błękitnym niebem i białymi obłoczkami.
Wracając do Orelca, zatrzymaliśmy się jeszcze w Hoczwi, w galerii Zdzisława Pękalskiego, który w typowy dla siebie (a niepowtarzalny dla innych) sposób opowiedział o Bieszczadach, sobie i swojej twórczości - była to okazja do zrobienia wielu ciekawych zdjęć twórcy i jego prac.
Dzień pełen wrażeń zakończył wykład, na którym poruszyliśmy szereg zagadnień, które w praktyce ćwiczymy na zajęciach.
Sobotnie wyjście na wschód zaplanowaliśmy na godz. 4:00, z zastrzeżeniem jednak że ocenimy wtedy sytuację pogodową i podejmiemy decyzję odnośnie wyjścia. Ponieważ jednak mgła zeszła dość nisko i nie było widać szans na szybką poprawę, rozeszliśmy się do łóżek. Natomiast już w czasie śniadania, zaplanowanego na 8:00, mgły rozeszły się prezentując soczysty błękit nieba - w takich warunkach rozpoczęliśmy nas plener - spacer fotograficzny na trasie którego mieliśmy między innymi cerkiew w Orelcu, retorty do wypału węgla drzewnego czy doskonałe punkty widokowe ze Skałek Myczkowieckich. Tradycyjnie już na tej edycji, nie obyło się bez intensywnego, choć krótkiego deszczu - na szczęście tuż nieopodal stadniny koni w myczkowieckim Caritasie. Zresztą już po kilkunastu minutach znów wyszło słońce, skutecznie nas susząc. W stadninie mieliśmy do dyspozycji kilkanaście koni biegających po wybiegu "na których" ćwiczyliśmy fotografowanie obiektów w ruchu i panoramowanie. Po krótkiej przerwie w kawiarni, przeszliśmy też do parku makiet cerkwi, gdzie znajduje się ok. 130 realnie przedstawionych modeli w skali 1:25 z pogranicza polsko-słowacko-ukraińskiego.
Popołudniowa część pleneru to przejazd do ruin klasztoru oo. Karmelitów Bosych w Zagórzu (poza fotografią architektury ćwiczyliśmy też zdjęcia HDR), wizyta na uherczańskim wodospadzie (tu z kolei poruszaliśmy temat ruchu na zdjęciach) oraz przejazd na koronę zapory w Solinie, gdzie łapaliśmy ostatnie promienie światła malowniczo podświetlającego chmury. Na kolację wróciliśmy do Zagrody chwilę przed 22:00 a po niej, na zainteresowanych czekała jeszcze ruska bania.
Ruską banię wyróżnia prostota i surowość. Jest tradycyjnie zbudowana z drewna i kamienia. Wewnątrz temperatura powietrza osiąga 60-90 stopni Celsjusza, a wilgotność 60%. Ławki na różnej wysokości dają możliwość wyboru temperatury - niższej na dole, maksymalnej u góry. W ruskiej bani panuje większa wilgotność niż w innych saunach. Para, wydzielająca się przy polewaniu wodą kamieni i ziół, podgrzewanych na palenisku, delikatniej działa na skórę i śluzówkę. Jej nasycenie ziołami i zawartość olejków eterycznych dają dodatkowy efekt wspomagający odporność organizmu. Stosowane tradycyjnie w ruskiej bani miotełki są robione najczęściej z gałązek brzozowych. Po wyparzeniu tradycja nakazuje zanurzenie się w strumieniu lub przeręblu. Ten wymagający odwagi skok daje niezapomniane uczucie euforii. Czujemy się jak nowo narodzeni.
Niedzielny blok zajęć podzielony był na dwie części - wyjście w okolice Zagrody w czasie którego poruszaliśmy zagadnienia związane z przysłoną, głębią ostrości i perspektywą. Chwilę porozmawialiśmy też o zdjęciach portretowych. Drugim akcentem był wykład podsumowujący warsztaty, w czasie którego poruszaliśmy tematy związane z obróbką zdjęć.
Po obiedzie rozjechaliśmy się do domów.
Przeczytaj również relację "Na wysokiej połoninie... I trochę niżej też", napisaną przez Andrzeja - jednego z uczestników zajęć, zamieszczoną w serwisie Kolumber.pl
| Warsztaty fotograficzne na Facebooku » |
fot. Andrzej Wojnar
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Panoramy z Połoniny Wetlińskiej
fot. Waldemar Pyrzanowski
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Panoramy z Połoniny Wetlińskiej
Panorama z okolic Myczkowiec
fot. Katarzyna Skorzyńska
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
fot. Kaja Skorzyńska
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Panorama ze Skałek Myczkowieckich
fot. Ewa Ziętek
|
|
|
|
|
|
|
fot. Paweł Brzozowski
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|

